Ostro o hejterach. „To ludzie bez twarzy. Chcą nas ustawiać”

Popularny aktor i gospodarz uwielbianej przez miliony widzów „Familiady”. Karol Strasburger opowiada o wyzwaniach na planie reality show, swoich sportowych pasjach, zawodowych projektach oraz nowym związku.

Karol Strasburger:

– Nazywamy ją wszyscy przygodą życia. Azja kryje w sobie miejsca owiane tajemnicą, historią i wspaniałościami. Japonię i jej kulturę, w tym m.in. sztuki walki, znałem dotychczas z książek i filmów. Ta wyprawa była więc dla mnie wspaniałą okazją, żeby na własne oczy zobaczyć, jak żyją współcześni Azjaci.

Nie rozczarował się pan tymi odmiennymi od naszej kulturami?

– Rozczarowanie to nie jest dobre słowo. Natomiast często bywałem zaskakiwany – raz na plus, raz na minus. Wiele rzeczy wyglądało inaczej niż w mojej wyobraźni.

Podobno pana partnerka bała się, że może panu zaszkodzić tamtejsze jedzenie i podróż samolotem?

– Jedzenie nie stanowiło dla mnie żadnej przeszkody. Jednak na co dzień nie jadam różnego rodzaju stworzeń morskich, żywych owoców morza, ryb, które trują, ani nawet sushi. Więc jak tylko mogłem, to unikałem tych wynalazków. Natomiast będąc nad naszym morzem, chętnie wpadam na smażoną, świeżą flądrę, których w Azji nie było. W pewnym momencie zacząłem nawet marzyć o polskim barszczyku z pasztecikiem i o schabowym.

A jeśli chodzi o długi lot samolotem, ten problem dotyczy wszystkich ludzi. Kiedyś leciałem do Nowego Jorku i wiem, że dla niektórych taka podróż kończy się tragicznie, jak np. dla mojego kolegi, który zmarł w hotelu z powodu zakrzepicy. Dlatego w czasie lotu staram się jak najwięcej ruszać, chodzić, robić przysiady.

Niedawno w pana życiu prywatnym rozpoczął się nowy rozdział. Związek dodaje panu skrzydeł?

– Ludzie, którzy darzą się szacunkiem i miłością, wzajemnie się motywują i dodają sobie skrzydeł. Uważam, że samotność jest słabym „wynalazkiem” i prowadzi do stanów depresyjnych, a wtedy te skrzydła opadają. Moje odrosły i cieszę się z tego powodu.

Związek wymaga – czasu i poświęceń. Udaje się panu pogodzić pracę z życiem prywatnym?

– Związek niczego nie wymaga. Sam się buduje i jest elementem życia, który w sposób samoistny decyduje, co w danym momencie uznajemy za ważne. Mamy wybór formy spędzania wolnego czasu. Dlatego jednym po pracy się spieszy do domu, a innym na piwo z kolegami. Moje relacje prywatne nigdy jednak nie miały decydującego wpływu na życie zawodowe.

Ostatnio przyznał pan, że po latach zrozumiał, iż rodzina jest najważniejsza.

– Tak, teraz już wiem, że szczęśliwe życie przekłada się m.in. na pracę. Jeżeli człowiek jest w ciągłej depresji czy smutku i jest pogubiony, to wtedy również zawodowo układa mu się dużo gorzej. Gdy w prywatnych relacjach jest dobrze, to chce się działać, bo ma się dla kogo. Praca w moim pojęciu służy temu, aby życie było miłe i ciekawe. Jeśli więc zdarza się tak interesujący wyjazd jak ten do Azji, to pozostałe zajęcia przekładam na inny termin. Życie składa się z właściwych wyborów i staram się być w tej grupie ludzi, której udaje się ich dokonywać.

Ma pan pretensje do tych ludzi, którzy oceniają pana życie?

– Mam, ale tylko do tych, którzy w sposób podły generują nieprawdziwe artykuły, a co za tym idzie dają pole do popisu hejterom „bez twarzy”. Ludzie w różny sposób oceniają nasze życie. Niektórzy chcą nas ustawiać – co mamy robić, z kim mamy żyć. Proponuję im, by zajęli się swoim życiem, bo często jest ono w fatalnym stanie. Stąd bierze się ich nieżyczliwość. Staram się swoje ułożyć jak najlepiej i przeżyć je z uśmiechem.

W odróżnieniu od większości swoich rówieśników, jest pan wysportowanym człowiekiem. Jakie dyscypliny pan uprawia?

– Wszystkie, które się da – podnoszę ciężarki, robię pompki, biegam po lesie. Jeśli ktoś zajmował się sportem wyczynowo, to ta potrzeba ruchu przeradza się z czasem w sporty, które uprawia się do końca życia. W moim przypadku jest to tenis, w który można grać lepiej mając 80 lat, niż 18. Taką dyscypliną są też narty, które łączę z pięknymi wyjazdami i windsurfing. Lata ciężkiej pracy w późniejszych etapach życia oddają nam to – wciąż czujemy się sprawni, młodzi i mamy pasję.

Jedną z nich jest dla pana teatr. Na jakie sztuki najczęściej pan chodzi?

– Odpowiem jak wszyscy aktorzy: – Na te, w których gram. (śmiech) Teraz jestem na etapie teatru wesołego. Lubię dobre farsy, komedie i w takich spektaklach gram. Dramatów staram się unikać, ponieważ na co dzień mamy na świecie za dużo smutku. Gdy podczas spektaklu ludzie biją nam brawo i wychodzą uśmiechnięci, dla mnie jest to najlepsza recenzja i największy komplement.

Wystąpił pan w wielu kultowych filmach i serialach. Jednak w pewnym momencie odszedł pan od filmu. Dlaczego?

– Nigdy nie odszedłem od filmu i co jakiś czas pojawiam się na ekranie. Od dawna gram w serialu „Pierwsza miłość”, w którym praca niczym nie różni się od tej w kinie fabularnym. Jako aktorzy jesteśmy tak długo skazani na propozycje, dopóki sami nie reżyserujemy filmów i nie obsadzamy się w rolach.

Wpływ na częstotliwość tych propozycji mogło mieć pana zaangażowanie się w „Familiadę”?

– Jak powiedziałem – życie składa się z wyborów. Więc tam, gdzie dla jednych coś jest przeszkodą, dla innych jest pozytywem. Fakt, że nie jestem osobą anonimową, a ludzie kojarzą mnie z „Familiady” jest dla wielu reżyserów rzeczą pozytywną. Jeśli więc ktoś uznaje, że coś robię dobrze, ma pełną szansę mnie zaangażować.

Gdzie w najbliższym czasie będziemy mogli pana zobaczyć?

– Od października w teatrze Capitol w spektaklu „Dzikie żądze”, z którym wyruszę w trasę po Polsce. Dodatkowo gram w spektaklu „Prawda” w reżyserii Jerzego Bończaka, a w listopadzie zapraszam do kin na film „Planeta singli 2”, gdzie wcielam się w rolę dyrektora telewizji. To niepełna lista projektów, w jakich wezmę udział, więc warto śledzić na bieżąco moje profile w mediach społecznościowych.

Share